Swietłana patrzyła na nią w milczeniu. A potem, nie mówiąc ani słowa więcej, zamknęła drzwi. Prosto przed jej twarzą.
— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr
Drzwi zatrzasnęły się suchym, obojętnym kliknięciem. Dla Mariny Witaljewny ten dźwięk był ogłuszający, głośniejszy niż strzał. Została na klatce schodowej, wpatrując się w gładką, bezosobową powierzchnię, która odcięła ją od znajomego świata, w którym była centrum wszechświata swojego syna. Przeszył ją gniew — zimny i ostry.
To nie była zwykła zniewaga. To była dywersja, podkopanie fundamentów, próba zamachu stanu w skali jednej, konkretnej rodziny. Jej dłonie, ściskające torebkę tak mocno, że aż pobielały kostki, drobno drżały. Ale nie było to drżenie słabości. To była wibracja struny napiętej do granic, gotowej w każdej chwili pęknąć i smagnąć wszystko, co znajdzie się w pobliżu.
Nie zaczęła pukać ani krzyczeć. To byłoby przyznanie się do porażki. Zamiast tego powoli, niemal wstrzymując oddech, wyjęła z torebki telefon. Jej palce, zwykle tak zręczne, gdy układała pasjansa na tablecie, teraz poruszały się z drapieżną precyzją.
W kontaktach odnalazła upragnione „Lioszeńka” i nacisnęła połączenie, już w myślach ćwicząc pierwsze zdania. Nie zeszła na dół — nie. Została tutaj, na półpiętrze, żeby w jej głosie, jeśli będzie trzeba, zabrzmiały nuty chłodu i echo pustej klatki schodowej — dekoracje do jej małego spektaklu.