— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr

— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to proszę iść i je zarobić, a nie wymuszać ich ode mnie pod pretekstem, że nastawi pani swojego syna przeciwko mnie! Jeśli on jest tak podatny na wpływy, jak pani mówi, to taki mąż w ogóle nie jest mi potrzebny!

Każde słowo było wypowiedziane wyraźnie, jak wyrok. To nie była odpowiedź w sporze. To był wyrok — na ich relacje, na jej szantaż, a być może także na jej syna. Marina Witaljewna znieruchomiała; jej twarz się wydłużyła. Patrzyła na synową, nie wierząc własnym uszom. W jej świecie taki scenariusz był niemożliwy. Powinni jej odpowiadać, powinni się z nią spierać, powinni się jej bać. A ją po prostu… skreślono. Wykreślono z równania razem z jej rzekomo wszechmocnym wpływem na syna…

Nie czekając na odpowiedź, Swietłana odwróciła się i przeszła do przedpokoju. Nie spieszyła się. Jej ruchy były pewne i ostateczne. Ujęła klamkę drzwi wejściowych i z cichym kliknięciem otworzyła zamek. Potem szeroko otworzyła drzwi, tworząc wielki, zapraszający do wyjścia prześwit.

— Może pani zacząć już teraz — dodała, odwracając się do znieruchomiałej w kuchni teściowej. Jej głos był równie równy i bezduszny. — Proszę dzwonić do Aleksieja. Opowiadać. Zobaczymy, z kim zostanie pani syn, kiedy pozna pani metody. Żegnam.

Marina Witaljewna powoli wstała. Jej twarz z wyrazu zdumienia poczerwieniała aż do purpury ze złości. Minęła Swietłanę, nie patrząc na nią, czując się opluta i upokorzona. Już na klatce schodowej odwróciła się, a jej oczy ciskały pioruny.

— Jeszcze tego pożałujesz — syknęła.