— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to proszę iść i je zarobić, a nie wymuszać ich ode mnie pod pretekstem, że nastawi pani swojego syna przeciwko mnie! Jeśli on jest tak podatny na wpływy, jak pani mówi, to taki mąż w ogóle nie jest mi potrzebny!
Każde słowo było wypowiedziane wyraźnie, jak wyrok. To nie była odpowiedź w sporze. To był wyrok — na ich relacje, na jej szantaż, a być może także na jej syna. Marina Witaljewna znieruchomiała; jej twarz się wydłużyła. Patrzyła na synową, nie wierząc własnym uszom. W jej świecie taki scenariusz był niemożliwy. Powinni jej odpowiadać, powinni się z nią spierać, powinni się jej bać. A ją po prostu… skreślono. Wykreślono z równania razem z jej rzekomo wszechmocnym wpływem na syna…
Nie czekając na odpowiedź, Swietłana odwróciła się i przeszła do przedpokoju. Nie spieszyła się. Jej ruchy były pewne i ostateczne. Ujęła klamkę drzwi wejściowych i z cichym kliknięciem otworzyła zamek. Potem szeroko otworzyła drzwi, tworząc wielki, zapraszający do wyjścia prześwit.