— Jeśli tak bardzo potrzebuje pani pieniędzy, Marino Witaljewno, to pr

Patrzyła na Swietłanę wyczekująco, z tą mieszanką uniżoności i żądania, której Swietłana tak w niej nienawidziła. W jej spojrzeniu było: „No, powiedz ‘tak’ — i może na jakiś czas dam ci spokój”.

Swietłana powoli upiła łyk wody.

— Marino Witaljewno, rozumiem panią. Ale teraz nie możemy. Mamy zaplanowany większy zakup i wszystkie wolne środki są już rozdysponowane.

Na twarzy teściowej nie drgnął ani jeden mięsień. Tylko powoli oparła się o oparcie krzesła. Cała starcza łagodność, udawana życzliwość zniknęły natychmiast. Przebiło się coś drapieżnego, złego — coś, co zwykle ukrywało się pod warstwami westchnień i narzekań. Oczy jej się zwęziły, a kąciki ust powędrowały w dół.

— A więc tak — wysyczała przez zęby. — Wiedziałam. Od ciebie pomocy się nie doczekasz. Skąpa. Zawsze byłaś skąpa. Myślisz, że Lioszeńka się nie dowie, jak upokorzyłaś jego matkę? Odmówiłaś w takiej drobnostce. On nie pozwoli krzywdzić swojej mamy. Zobaczymy, jak zaśpiewasz, kiedy on dokona wyboru.

Groźba zawisła w powietrzu kuchni, gęsta i trująca jak opary rtęci. Swietłana tego się spodziewała. Wiedziała, że za fasadą udawanej słabości i skarg na emeryturę kryje się właśnie ten mechanizm — prymitywny, ale latami doszlifowany szantaż.