„Jesteś tu nikim, dopóki mama siedzi przy tym stole!” – warknął. Godzi

— Nie! Trzy lata milczałam! Trzy lata znosiłam, jak twoja matka rządzi w moim mieszkaniu! Jak mnie poniża, krytykuje, rozporządza!

— Ona się stara dla nas!

— Dla was! Dla ciebie i dla niej! A ja tu kim jestem? Służącą?!

Dymitr walnął pięścią w stół. Naczynia zadźwięczały. Goście drgnęli.

— Jesteś tu nikim, dopóki mama siedzi przy tym stole! — ryknął mąż.

Cisza. Jana patrzyła na Dymitra, nie wierząc w to, co usłyszała. Nikt. Ona jest nikim. We własnym mieszkaniu.

W środku coś pękło na dobre. Wszystkie złudzenia, cała miłość, cała nadzieja. Runęły w sekundę.

Jana powoli wstała. Podeszła do Walentyny Pietrowny. Wzięła jej torebkę z krzesła.

— Proszę wyjść.

— Co?!

— Powiedziałam: wyjść. Natychmiast.

— Dimochka!