„Jesteś tu nikim, dopóki mama siedzi przy tym stole!” – warknął. Godzi

Ale z czasem wizyty zaczęły się nasilać. Co dwa tygodnie. Potem co tydzień. Potem dwa razy w tygodniu. Walentyna Pietrowna zaczęła wpadać bez zapowiedzi, po prostu „sprawdzić, co słychać”.

— Dimochka, ugotowałam barszcz, przywiozłam wam — mówiła teściowa, stawiając na stole wielki garnek.

— Dzięki, mamo — uśmiechał się Dymitr.

Jana też się uśmiechała, choć w środku czuła napięcie. Nie znosiła, gdy ktoś wchodził w jej przestrzeń bez pytania.

Walentyna Pietrowna zaczęła dawać rady. Najpierw mimochodem, nienachalnie.

— Janochka, okna trzeba by umyć. Widzisz te smugi?

— Janochka, tu kurz na szafie. Ty w ogóle wycierasz?

— Janochka, źle smażysz kotlety. Daj, pokażę ci, jak trzeba.

Jana zaciskała zęby i kiwała głową. Nie chciała konfliktu. To przecież matka męża, starsza osoba. Trzeba wytrzymać.

Pewnego dnia Jana wróciła z pracy wcześniej niż zwykle. Otworzyła drzwi — w mieszkaniu była Walentyna Pietrowna. Teściowa przekładała naczynia w kuchni.

— Walentyno Pietrowno? — zapytała Jana zaskoczona. — Jak pani tu weszła?

— Dimochka dał mi klucze — odpowiedziała spokojnie teściowa. — Żebym mogła przychodzić, kiedy trzeba. Postanowiłam zrobić porządek. Macie tu bałagan, Janochka.

Jana znieruchomiała. Klucze? Dymitr dał matce klucze do jej mieszkania? Bez pytania?

Wieczorem żona zapytała męża: