— Walentyno Pietrowno, mogłaby pani uprzedzać, kiedy pani przyjeżdża — mówiła ostrożnie Jana.
„Jesteś tu nikim, dopóki mama siedzi przy tym stole!” – warknął. Godzi
— Po co, Janochka? Przecież nie jestem obca. Pomagam tutaj, a ty niezadowolona.
Teściowa zaczęła rządzić. Krytykowała gotowanie Jany, mówiła, że za dużo soli albo za mało przypraw. Czepiała się sprzątania — źle wytarte, podłogę trzeba myć częściej. Przestawiała rzeczy, jak jej pasowało.
— Janochka, ten wazon stoi nie tam. Trzeba go tutaj.
— Janochka, po co powiesiłaś takie zasłony? Brzydko.
— Janochka, te kwiaty trzeba wyrzucić, już zwiędły.
Jana próbowała sprzeciwiać się delikatnie.
— Walentyno Pietrowno, podobają mi się moje zasłony.
— Co ty tam rozumiesz, jeszcze młoda jesteś.
Za każdym razem Jana zwracała się do męża.
— Dima, porozmawiaj z matką. Ona ciągle tu jest, rządzi. Jest mi niekomfortowo.