— Znowu swoje. Jesteśmy rodziną, Jana. Czy dla ciebie rodzina nic nie znaczy?
Jana rozumiała — mąż nie jest po jej stronie. I nigdy nie będzie. Dla Dymitra matka była ważniejsza niż żona.
Minęły dwa lata. Jana czuła się obco we własnym mieszkaniu. Każdego dnia wracała z pracy i bała się zastać teściową. Walentyna Pietrowna wpadała trzy–cztery razy w tygodniu. Gotowała, sprzątała, rozdawała polecenia.
Jana dalej pracowała, opłacała rachunki, kupowała jedzenie. A Walentyna Pietrowna rządziła, jakby to był jej dom.
Jana milczała. Wytrzymywała. Bała się zniszczyć rodzinę. Miała nadzieję, że Dymitr się opamięta, zrozumie. Ale mąż nie rozumiał. Dla niego wszystko było normalne.
Zbliżały się urodziny Jany. Dwadzieścia osiem lat. Postanowiła świętować w domu, w kameralnym gronie. Zaprosiła kilka koleżanek z pracy i dwie przyjaciółki. Kupiła tort — delikatny, z truskawkami i białą czekoladą. Taki zawsze lubiła.
Jana nakryła stół, rozstawiła naczynia, zapaliła świece. Chciała choć przez jeden dzień poczuć się gospodynią we własnym mieszkaniu.
Dymitr zaprosił matkę. Jana nie sprzeciwiła się na głos, ale w środku znów się spięła. Walentyna Pietrowna na przyjęciu — to gwarancja zepsutego nastroju.
Teściowa przyjechała jako pierwsza. Weszła, omiotła stół krytycznym spojrzeniem.