„Jesteś tu nikim, dopóki mama siedzi przy tym stole!” – warknął. Godzi

Jana spojrzała na męża. Dymitr odwrócił wzrok. Milczał.

Teściowa zachowywała się jak gospodyni przyjęcia. Nakładała jedzenie, komentowała potrawy, opowiadała historie. Jana siedziała z boku, czując się jak gość na własnych urodzinach.

Przyjaciółki wymieniały spojrzenia, ale milczały. Koledzy udawali, że wszystko jest w porządku.

Kiedy Jana wniosła tort, Walentyna Pietrowna skrzywiła się.

— Fuj, a co to?

— Tort — odpowiedziała Jana, stawiając go na stole.

— Ja takich nie jem. To jakieś bezguście. U nas w rodzinie kupuje się miodowniki, a nie to badziewie.

Jana znieruchomiała, trzymając nóż do tortu. W środku coś jej przeskoczyło.

— To mój tort. W moje urodziny. W moim mieszkaniu.