Zapadła między nimi ciężka cisza. Victor wstał, nalał jej kolejną filiżankę herbaty i powiedział po prostu:
— Zostaniesz tutaj. Tak długo, jak będziesz tego potrzebować. Nie zostawię cię więcej na ulicy.
Lia spojrzała na niego i po raz pierwszy w jej oczach pojawiła się iskierka zaufania. Nie nadzieja – jeszcze nie – ale coś z tej samej rodziny.
Dni mijały powoli, jeden po drugim, niczym nici wełny utkane przez samo życie. Wiktor zostawił jej czyste ubrania, zrobił śniadanie, pokazał, że nie musi przed nikim uciekać. Lia, początkowo przerażona każdym krokiem, zaczęła oddychać inaczej. Spać. Jeść. Być człowiekiem.
Pewnego popołudnia znalazł ją w kuchni z notesem. Rysowała wykroje fartuchów, z szerokimi kieszeniami i haftowanymi brzegami. Takich, jakie nosiła, gdy lata temu pracowała w cukierni w Sybinie.
— Pamiętałaś, co lubiłaś — powiedział powoli.
Uśmiechnęła się nieśmiało.
— Tęsknię za prawdziwą pracą. Za ludźmi. Za zapachem cozonac…
Wiktor się rozpogodził.