Kolega z klasy, którego kochałem, wylądował w drewutni

— To zróbmy coś. Pomogę ci znaleźć jakieś miejsce. I to nie byle jakie. Dobre miejsce.

Lia roześmiała się po raz pierwszy. Cichy śmiech, jak promyk słońca wśród ciężkich chmur.

Zajęło to kilka miesięcy. Poszła do psychologa, złożyła papiery, otrzymała pomoc społeczną i powoli, powoli stała się kobietą, którą kiedyś była. Bardziej poważna, spokojniejsza, ale z nowym blaskiem w oczach. Wiktor był przy niej na każdym kroku. Nie jako zbawiciel, ale jako człowiek z cierpliwością i sercem.

A potem, pewnego ranka, to się stało.

Lia wyszła z pokoju w białym fartuchu z niebieskimi lamówkami – takim samym jak w zeszycie. To był uniform z piekarni w Braszowie, gdzie pracowała. Stała wyprostowana, schludna, z włosami związanymi z tyłu i po raz pierwszy wyglądała… na całą.

— Wiktorze — powiedziała podekscytowana — dzisiaj zaczynam. Pierwszego dnia. Pensja nie jest duża, ale jest moja. I chcę ci podziękować. Bez ciebie… nie wiem, gdzie bym była.

Pokręcił głową, próbując opanować emocje.

— Nie musisz mi dziękować. Po prostu żyj pięknie. To wszystko.