— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

Znowu otworzyłam teczkę z dokumentami. Wyciąg z konta. Kwota z sześcioma zerami. To nie były tylko liczby. To była moja wolność.

To możliwość wyjazdu do sanatorium w Kisłowodzku nie „z przydziału socjalnego” w listopadowej pluchie, lecz w maju, gdy kwitną ogrody. Zajęcia się zdrowiem w dobrej klinice, bez kolejek i numerków.

Można kupić małą kawalerkę nad morzem. W Swietłogorsku albo Zielonogradsku. Od dawna oglądałam ogłoszenia. Są tam sosny, wydmy i zimne, surowe morze, które koi nerwy lepiej niż jakiekolwiek lekarstwo.

I co najważniejsze — adresu tej kawalerki nie będzie znał nikt.

Telefon zadźwięczał. Drgnęłam, ale to była wiadomość z banku: „Naliczono odsetki od lokaty…”.

Podeszłam do okna. Śnieg wciąż padał na Moskwę, okrywając ulice czystym, białym płótnem.