— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

A mnie po prostu potrzebne były pieniądze. Moja pensja korektorki i skromna emerytura nie pozwalały utrzymywać dwustu metrów kwadratowych, które ciągle wymagały to naprawy dachu, to wymiany kotła. Miałam dość bycia strażnikiem cudzego wypoczynku na własny koszt.

Spojrzałam na zegar. Miałam godzinę, by zdecydować: wyłączyć telefon czy przyjąć konfrontację.

Nowy właściciel

Tę godzinę spędziłam w dziwnym odrętwieniu. Wyobrażałam sobie ich drogę. Oto mijają zakręt. Oto Wadik, mąż Iriny, rzuca swoje zwyczajowe żarty. Oto dzieci, pełne oczekiwania wolności.

Jadą do domu, który od tygodnia jest już cudzą twierdzą.