— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

Nowy właściciel, Oleg Pietrowicz, emerytowany wojskowy, wydał mi się człowiekiem twardym, ale sprawiedliwym. Podczas oględzin zapytał o ogrodzenie.

— Nie lubię gości — rzucił krótko, podpisując protokół. — Mam poważnego psa. Potrzebuję ciszy.

Wtedy uczciwie uprzedziłam:

— Krewni mogą jeszcze z przyzwyczajenia przyjechać.

Tylko się uśmiechnął:

— To już mój problem, Jeleno Siergiejewno. Własność prywatna to własność prywatna.

I oto teraz dwa samochody, wypchane sałatkami i pewnością własnej racji, podjeżdżały pod jego bramę.

Telefon ożył dokładnie po godzinie piętnastu minutach. Dzwoniła Irina.

Wzięłam głęboki oddech, wyprostowałam ramiona i odebrałam.

— Lena! — w słuchawce to nie był zwykły krzyk, to był pisk zmieszany ze szczekaniem dużego psa i męskim basem w tle. — Lena, co tu się dzieje?!

— Co się stało, Iro? — mój głos zabrzmiał spokojnie.