— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

— Nie ma kluczy! Zamki są inne! Zaczęliśmy pukać, a tam… tam wyszedł jakiś facet! W mundurze! Z ogromnym psem! On mówi, że to jego dom! Lena, on jest jakiś dziwny! Dzwoń po policję, boimy się wysiąść z samochodów!

— On nie jest dziwny, Iro — powiedziałam, patrząc na swoje odbicie w ciemnym oknie.

— A kim?! Kim on jest?! Dlaczego nie wpuszcza nas do NASZEGO domu?!

— Bo to już nie jest nasz dom. Sprzedałam go.

Cisza w słuchawce była tak gęsta, że wydawało mi się, iż słyszę, jak w głowie Iriny zgrzytają myśli, próbując pojąć to, co usłyszała. W tle pies nadal wściekał się.

— Co?.. — wyszeptała. — Jak to sprzedałaś? Komu? A my?..

— A wy, Iro, stoicie przed cudzą bramą. I radziłabym wam odjechać, zanim Oleg Pietrowicz wypuści psa z kojca. To człowiek surowy, żartów nie lubi.

— Ty… ty… — Irina łapała powietrze. — Nie mogłaś! Przecież jesteśmy z dziećmi! Mamy pełny bagażnik jedzenia! Dokąd my teraz?! Trzydziesty grudnia! Lenka, jesteś bezwstydna! Ty w ogóle rozumiesz, co zrobiłaś?! Przecież jesteśmy rodziną!