— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

— Rodziną — powtórzyłam. — Która nawet nie zadała sobie trudu, żeby zapytać, czy wolno przyjechać.

— Jak to pytać?! Przecież to zawsze było wspólne! Wołodii! Po prostu odebrałaś nam święta! Natychmiast zadzwoń jeszcze raz, powiedz temu… człowiekowi, że jesteśmy swoi! Niech wpuści nas chociaż na noc!

W tej chwili zrozumiałam: jeśli teraz okażę słabość, jeśli poproszę nowego właściciela (choć jakie mam do tego prawo?) albo wpuściłabym ich do mojego moskiewskiego mieszkania — wszystko by wróciło. Znowu stałabym się wygodną Lenką.

A potem wydarzyło się dokładnie to, czego jednocześnie się spodziewałam i czego się obawiałam.

W słuchawce rozległ się głuchy łomot — najwyraźniej ktoś zaczął walić w metalową bramę. A zaraz potem — ryk, od którego nawet przez telefon zrobiło się nieswojo. I głos nowego właściciela:

— Liczę do trzech. Potem otwieram furtkę. Raz…

„Darmowa opcja została zamknięta”