— Rodziną — powtórzyłam. — Która nawet nie zadała sobie trudu, żeby zapytać, czy wolno przyjechać.
— Jak to pytać?! Przecież to zawsze było wspólne! Wołodii! Po prostu odebrałaś nam święta! Natychmiast zadzwoń jeszcze raz, powiedz temu… człowiekowi, że jesteśmy swoi! Niech wpuści nas chociaż na noc!
W tej chwili zrozumiałam: jeśli teraz okażę słabość, jeśli poproszę nowego właściciela (choć jakie mam do tego prawo?) albo wpuściłabym ich do mojego moskiewskiego mieszkania — wszystko by wróciło. Znowu stałabym się wygodną Lenką.
A potem wydarzyło się dokładnie to, czego jednocześnie się spodziewałam i czego się obawiałam.