— Leno, jesteśmy już przy bramie — szwagierka nie wiedziała, że zamiast gospodyni powita ich alabai. — Lenka, czemu nie odbierasz telefonu? Jesteśmy już na Noworiżskim! Została godzina, nastawiaj czajnik! — głos Iriny, mojej szwagierki, był tak dźwięczny, że musiałam ściszyć głośność, żeby głośnik nie trzeszczał.

— Dwa… — dobiegło z głośnika. Głos Olega Pietrowicza brzmiał zwyczajnie, jak u kontrolera w pociągu podmiejskim.

— Wadik! Do samochodu! Szybko! — krzyknęła Irina.

Dało się słyszeć trzask, z jakim zamykają się ciężkie drzwi SUV-a, potem stłumiony dziecięcy płacz i kilka niecenzuralnych słów Wadika, już z wnętrza auta.

Pies zaszczekał — głucho, basowo, tak szczekają zwierzęta, które doskonale znają granice swojego terytorium.

— Lenka, jeszcze za to zapłacisz! — głos szwagierki drżał, ale teraz już nie z bezczelności, tylko ze strachu i wściekłości. — Wystawiłaś nas na mróz! Zamarzniemy!

— Macie w samochodach klimatyzację, Iro — powiedziałam, odchodząc od okna i siadając w ulubionym fotelu. Nogi nagle zrobiły się ciężkie, jak po długim biegu. — Do Moskwy jest godzina drogi. Nie rób dramatu tam, gdzie go nie ma.

— Nie pojedziemy do Moskwy! Popsułaś nam nastrój! Chcieliśmy święta! Co mamy zrobić z trzema skrzynkami jedzenia?!

To było zdumiewające.