— Luda, gdzie jest rosół? — mąż zapomniał o jedzeniu, kiedy znalazłam

— Luda, co ty wyprawiasz? — Walera patrzył na górę jedzenia z przerażeniem i głodną zazdrością. — Zamówiłaś dostawę? Za sto dwadzieścia tysięcy czy co?

— Nie, tylko za pięć. Z twojej karty.

Wzięłam kawałek węgorza, porządnie macnęłam w sosie i włożyłam do ust. Pyszne. Niewiarygodnie pyszne. I zupełnie mnie nie obchodziło, że nie żuje mi się zbyt wygodnie. Delektowałam się każdym ruchem.

— A dla mnie? — Walera przełknął ślinę. — Ja też chcę jeść. Dobę nic nie jadłem.

— Tobie nie wolno — przeżułam i sięgnęłam po kolejny kawałek. — Przecież jesteś na diecie. Przy przeziębieniu to szkodzi. Tobie potrzebny jest rosół.

— To daj rosół!

— Wylałam. Zapomniałeś? Nowy ugotujesz sobie sam.

— Ja?! — prawie się zakrztusił. — Ja ledwo wstaję!

— Walera — spojrzałam mu w oczy. Spokojnie, bez złości.

— Wczoraj o 18:45 byłeś na tyle rześki, żeby taszczyć silnik ważący trzydzieści kilo. Wniosłeś go na czwarte piętro bez windy. To garnek z wodą też na pewno podniesiesz.

Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale zamilkł. Data i godzina na paragonie odebrały mu prawo do przedstawienia.