— Luda, gdzie jest rosół? — mąż zapomniał o jedzeniu, kiedy znalazłam
— To była okazja. Sierioża miał zniżkę w sklepie, tylko jeden dzień. Taki silnik, japoński, teraz kosztuje dwieście tysięcy, a ja wziąłem za sto dwadzieścia! To przecież inwestycja!
— Inwestycja? — powtórzyłam. — W kopercie leżało moje zdrowie, Walera.
— Zrobimy ci wszystko! — machnął ręką, a ten gest zabolał mnie bardziej niż słowa.
— Poczekasz jeszcze miesiąc czy dwa, co to za problem? To nie jest krytyczne. A silnik zniknie. Ty po prostu nie rozumiesz się na technice.
„Nie jest krytyczne”.
No właśnie. Cała istota naszego małżeństwa w dwóch słowach. Moje problemy to „poczekasz”, jego zachcianki to „zniknie”. Ja mogę wytrzymać. Ja mogę chodzić w starym płaszczu. Przecież jestem silna. Przecież jestem Luda.
Rozległ się dzwonek do drzwi.
— A to kto? — podniósł się mąż.
— Mój obiad — powiedziałam, wstając.
Święto nieposłuszeństwa
Wniosłam do pokoju wielką papierową torbę. Zapach ryby, imbiru i sosu sojowego wypełnił salon, zagłuszając woń lekarstw.
Rozpakowałam pudełka prosto na stoliku kawowym, odsuwając jego termometr. Przełamałam drewniane pałeczki. Trzask.