— Luda, gdzie jest rosół? — mąż zapomniał o jedzeniu, kiedy znalazłam

— Lud! — dobiegło z salonu. Głos był kapryśny i wymagający. — Ile można czekać? Zaschło mi w gardle. Zapomniałaś o mnie?

Stałam pośrodku sypialni. W jednej ręce pusta koperta, w drugiej — paragon za silnik.

Coś we mnie pękło. Wiecie, nie było krzyków ani łez. Było takie uczucie, jakby w środku ktoś wyłączył bezpiecznik. Klik — i cisza.

Trzydzieści lat byłam „wygodną Ludą”.

Ludą, która zrozumie.

Ludą, która poczeka.

Ludą, która jeszcze rok będzie żuła jedną stroną, bo Walerze bardziej potrzeba — bo ma ryby, ma stres, ma „męskie braterstwo”.

On zabrał nie tylko pieniądze. Zabierał moje zdrowie i moją cierpliwość. I leży teraz, udaje słabość, wiedząc, że wczoraj wydał wszystko do ostatniej kopiejki na swoją zabawkę.

— Lu-u-uuda! — głos męża nabierał mocy. — Dawaj rosół!

Usługa niedostępna

Wróciłam do kuchni.

Na płycie wesoło bulgotał garnek. Złocisty wywar, klarowny jak łza, z gałązką koperku — dokładnie taki, jak lubi. Idealna opieka dla idealnego egoisty.

Podeszłam do kuchenki. Spojrzałam na ugotowaną kurzą nogę, samotnie sterczącą z wody.