— Luda, gdzie jest rosół? — mąż zapomniał o jedzeniu, kiedy znalazłam

„Serwis chwilowo niedostępny” — przemknęło mi przez głowę.

Wyłączyłam gaz. Chwyciłam garnek za gorące uszy, nawet nie szukając łapek — uraza jest dużo silniejsza niż ogień. Podeszłam do zlewu.

Durszlak nie był mi potrzebny.

Przechyliłam garnek i złocisty płyn, który gotowałam dwie godziny, z bulgotem popłynął do odpływu. Kurczak chlupnął do mokrego zlewu głuchym plaskiem. Ugotowana marchew i cebula podążyły za nim.

Odkręciłam zimną wodę, zmywając ślady swojej pracy.

— Ludka, no idziesz? — krzyknął Walera już z nutą irytacji. — Zaraz wstanę!

Wytarłam ręce. Wzięłam telefon. Otworzyłam aplikację do dostaw.

Palec zawisł nad działem „Pizza”, ale się rozmyśliłam. Nie. Dzisiaj żadnego ciasta.

Wybrałam najdroższą japońską restaurację w naszej okolicy. Zestaw „Imperatorski”. Węgorz, łosoś, przegrzebek, ikra.