— Mamy kredyty, a ty sobie wymyśliłaś urlop?! — darła się teściowa. —

— Moje bilety na urlop — odpowiedziała spokojnie Ksenia.

— Jak to na urlop?! — Walentyna Pietrowna zerwała się z kanapy. — Mamy kredyty, a ty sobie, znaczy się, urlop wymyśliłaś?!

Ksenia poczuła, jak zaciskają jej się pięści:

— To wy macie kredyty. Nie my. Wy.

— Jak śmiesz mi pyszkować?! — teściowa wymachiwała biletami. — Igor mi wszystko powiedział! Masz czterdzieści osiem tysięcy urlopowego! Powinnaś pomóc rodzinie!…

— Pomagałam przez trzy lata. Bez przerwy.

— I co z tego?! Jesteś synową! Twoim obowiązkiem jest pomagać! — Walentyna Pietrowna podeszła bliżej. — Sprzedaj swoją biżuterię i oddaj nam pieniądze urlopowe, pomóż rodzinie!

Ksenia znieruchomiała. Biżuteria. Złoty łańcuszek po babci. Kolczyki, które mama podarowała jej na osiemnaste urodziny. Pierścionek, który został po śmierci matki. To było wszystko, co miała po bliskich, których już nie było.