—Gdzie mogę oddychać. Gdzie mogę być. Nie chcę stawiać cię w trudnej sytuacji, ale nie mogę już tak żyć. Twój ojciec… przygryza wargę. To, co robi, nie jest dobre. Nie dla mnie, nie dla ciebie.
Sofia wstała i mocno ją przytuliła. Dan stał tam przez chwilę, a potem podszedł bliżej.
—Mamo…wychodzimy z tobą — powiedział z dojrzałością, która ją rozdzierała i jednocześnie leczyła.
Maria zamknęła oczy. Po raz pierwszy od lat poczuła coś ciepłego: wdzięczność.
Na dole, w salonie, Călin wołał ją po imieniu.
—Porozmawiamy jutro — powiedziała Maria, wstając. — Ale nie dziś. I nie przeszkadzaj.
Złapała bluzę, telefon, kilka niezbędnych dokumentów. Nie biegnij. Nie spiesz się. Była kobietą, która odzyskiwała życie małymi, ale pewnymi krokami.
Kiedy otworzyła drzwi, deszcz ustał. W powietrzu unosił się zapach mokrych liści, zaczęło się.
Sofia i Dan stali za nią, milczący, zdeterminowani.