W samolocie wyjrzałam przez okno i wzięłam głęboki oddech. To nie była ucieczka, to było uwolnienie.
Kiedy dotarłam do hotelu, wysłałam krótką wiadomość: „Artur, nie musisz już wracać do domu. Dom zostaje dla dzieci. Pozostają ci wspomnienia. I wstyd”.
Następnego dnia dostałam od niego maila. Przeprosiny, obietnice, łzy zapisane w linijkach. Usunęłam je. Wszystko.
Poszłam na plażę i po raz pierwszy od dawna poczułam lekkie promienie słońca na skórze. Kobieta obok mnie zapytała:
— Jesteś sama?
Uśmiechnęłam się.
— Nie — powiedziałam. — Jestem ze sobą.
I wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, jak dobrze to brzmiało.