Miałem 15 lat i byłem zdesperowany. Wtedy niemy syn najstarszego

Moja kopia.

Te same rysy, to samo spojrzenie, nawet mały pieprzyk na lewym policzku.

— Helena — powiedział cicho. — Moja żona. Zginęła rok temu w wypadku samochodowym. Chłopiec siedział z tyłu. Przeżył. Ale od tamtej pory… nie powiedział ani słowa.

Zakręciło mi się w głowie. Chciałam zaprzeczyć, śmiać się i płakać jednocześnie. A jednak coś niewidzialnego ciągnęło mnie ku temu dziecku.

— Nie potrafię tego wyjaśnić — powiedział Adam, potrząsając głową. — Ale spójrz na was. Może Bóg oddaje mi ją… w inny sposób.

Chciałam coś powiedzieć, lecz Michał dotknął mojej twarzy małą dłonią.

— Mamo… nie odchodź znowu.

Upadłam na kolana i objęłam go mocno. Był ciepły, żywy i płakał z ulgi. W tej chwili poczułam, jak coś we mnie jednocześnie pęka i się leczy.