Powinno boleć.
Może kiedyś tak było.
Ale dziś tak się nie stało, nie tak jak miałoby to miejsce, gdy miałam dwanaście lat i wciąż błagałam o miejsce przy stole.
Ponieważ moje imię padło już na długo przed tym, zanim otworzył usta.
Tłum bił brawo, gdy Marcus zszedł ze sceny.
To były piękne brawa.
Ale nie dotyczyło to już tylko jego.
Czułam to w zmianie powietrza, w sposobie, w jaki rozchodziły się szepty, w sposobie, w jaki oczy wciąż przelatywały w moją stronę, w sposobie, w jaki moi rodzice siedzieli zbyt nieruchomo, jakby jakiś ruch mógł potwierdzić rzeczywistość, którą próbowali zaprzeczyć.
Po ceremonii tłum wylał się na trawnik przed salą weselną niczym piana szampana – jasny, hałaśliwy, przesłodzony. Rodziny pozowały w gromadkach. Fotografowie pstrykali zdjęcia. Mosiężne talerze cicho brzęczały na nakrytych lnianym obrusem stołach.
Pozostałem blisko obwodu.
Nie ukrywam się.
Obserwowanie.