Admirał Rayburn.
Stalowe włosy, bystre spojrzenie, typ osobowości, który nie domagał się uwagi, bo automatycznie ją otrzymywał. Typ mężczyzny, który potrafił uciszyć całe pomieszczenia jednym spojrzeniem i ani razu nie podnieść głosu.
Nie spojrzał na tablet. Nie musiał.
Spojrzał mi prosto w oczy i wyciągnął rękę – nie na powitanie, lecz z szacunkiem.
„Kontradmirale Cartwright” – powiedział cicho i spokojnie.
Tytuł wylądował w powietrzu niczym wystrzał z armaty owinięty w jedwab.
„Zaczęliśmy już myśleć, że opuścisz wielki dzień swojego brata.”
Przez chwilę zapomniałem jak się oddycha.
Ponieważ admirał Rayburn właśnie wypowiedział moje nazwisko i stopień na tyle głośno, że grupa gości zgromadzona przy wejściu mogła je usłyszeć.
I tak zrobili.