Rayburn podążył za mną.
I razem przekroczyliśmy próg.
Po drugiej stronie bramy miałem wrażenie, jakbym wchodził na scenę.
Rzędy śnieżnobiałych krzeseł flankowały wypolerowany chodnik. Mosiądz lśnił w pobliżu podium. Dostojnicy tłoczyli się w ciasnych grupkach. Emerytowani oficerowie stali wyprostowani, a ich małżonkowie trzymali się za ręce, jakby wciąż dźwigali ciężar dziesięcioleci. Fotografowie instynktownie podnosili aparaty, a potem równie szybko je opuszczali, widząc gwiazdy na moich ramionach.
To nie są gwiazdy Marcusa.
Kopalnia.
Poczułem ciężar spojrzenia moich rodziców, zanim ich zobaczyłem.
Moja matka – Eleanor Cartwright – mrugnęła dwa razy, a jej uśmiech zadrżał. Jej postawa zesztywniała, jakby ktoś pociągnął za sznurek wzdłuż kręgosłupa. Ojciec zmrużył oczy, jakby jasność nagle zmieniła się w iluzję. Lekko przechylił głowę, tak jak robił to, gdy podejrzewał podstęp.
Potem zobaczyłem Marcusa.
Stał blisko sceny, śmiejąc się z dwoma młodszymi oficerami, odgrywając rolę, do której przygotowywał się od dzieciństwa. Wyglądał na kogoś, kto całe życie przygotowywał się do bycia w centrum uwagi i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że może to zostać pociągnięte w innym kierunku.
Nasze oczy się spotkały.