W pewnym momencie przekroczyliśmy granicę, której żonatemu mężczyźnie nie wolno przekraczać.
„Nie chciałem cię skrzywdzić” – powiedział.
Ta granica uderzyła mnie mocniej niż cokolwiek innego.
Bo nie chodziło o chęć.
Chodziło o działanie.
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od lat go nie poznałam. Nie był tym mężczyzną, z którym smażyłam naleśniki w niedzielne poranki. Nie był tym mężczyzną, który trzymał mnie za rękę na oddziale położniczym.
Był obcy.
„Wiesz, co jest ironiczne?” – zapytałam. Że chciałaś „resetu”. Chciałaś „rodziny”. Chciałaś „wspólnoty”.
Wskazałam na kościół.
„A ty wybrałeś dokładnie to miejsce, żeby nas zniszczyć”.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Nie wtedy.
Wróciłam do samochodu.