Mój mąż, pijany jak bela, próbował mnie ośmieszyć przed swoimi kolegami

— Pieniądze, którymi zapłaciłeś za tę imprezę? Z mojej pracy. Z „pobytu w domu”.

Położyłem teczkę na stole, obok jego szklanki.

— Więc tak, Andriej. Byłeś kiepskim inwestorem. Ale nie z mojego powodu. Tylko dlatego, że nie potrafiłeś docenić tego, co miałeś.

Zbladł. Jego koledzy patrzyli teraz tylko na niego.

Ktoś się roześmiał. Potem ktoś inny. Śmiech rozniósł się po sali, ale nie był to już śmiech rozbawienia. To był gorzki, zażenowany śmiech.

Wziąłem płaszcz.

— Impreza jest twoja. Moje życie przepadło.