Podkradłam się do drzwi sypialni i przycisnęłam do nich ucho. Kroki na korytarzu poniżej. Powolne. Ciężkie. To nie był Derek; jego kroki były szybkie, niecierpliwe. Były wyważone, rozważne, jakby ktoś znał układ domu.
Lily przytuliła się do mnie od tyłu w talii. Trzęsła się tak mocno, że aż szczękała zębami.
Otworzyłem szafę i delikatnie wepchnąłem ją do środka, za wiszące płaszcze.
„Nieważne, co usłyszysz” – wyszeptałam – „nie wychodź, dopóki nie powiem twojego imienia. Nie „mamusiu”. Nic innego. Tylko twoje imię”.
Ona gorączkowo kiwała głową.
Znów chwyciłem telefon i wdrapałem się na łóżko, żeby poszukać sygnału przy oknie. Pojawił się pasek. Wybrałem 911 i wstrzymałem oddech. Połączyło się; szum, słaby.
—911, jaki jest twój przypadek awaryjny?
„Jesteśmy zamknięci…” – wyszeptałam. „Ktoś jest w moim domu. Mój mąż… on to zaplanował. Proszę…”
Na dole rozległ się głośny huk. Potem nieomylne skrzypienie schodów, pod którymi ciążył ciężar.