„Co masz na myśli, mówiąc ich?”
„Ludzie, którzy nie mogą już pożyczać pieniędzy z banku. Którzy mają chore dzieci, rozpadające się domy, bezbronnych starców. Kiedy mogę, pomagam im. Kiedy nie mogę… nadal im pomagam”. Wzruszył ramionami, zawstydzony. „Wezmę ich długi, bo inaczej oni zabiorą im dom”.
Poczułem, jak coś pęka mi w piersi. Nie ze smutku. Ze zdumienia.
„Toma… jak ty żyjesz? Nie masz nawet pieniędzy dla siebie”.
Uśmiechnął się lekko. Nieśmiały uśmiech, jak u dziecka przyłapanego na robieniu dobrego uczynku w tajemnicy.
„Nie mam wiele, ale jeśli mogę kogoś uratować przed kłopotami… to warto”.