W tym momencie coś zrozumiałam: nie miało znaczenia, ile zarobię, ile sprzedam warzyw, ile ciężkich dni przyjdzie. Miałam u boku mężczyznę, jakiego rzadko widywałam.
Ale historia na tym się nie skończyła.
Następnego dnia wzięłam pudełko i poszłam z nim na kuchenny stół. Toma spojrzał na mnie przestraszony, jakbym miała go poprosić o wybór między mną a ludźmi, którym pomagał.
„Toma” – powiedziałam – „nie mogę tak po prostu siedzieć i patrzeć, jak sam dźwigasz świat na swoich barkach”.
Otworzył usta, żeby zaprotestować, ale uniosłam rękę.
„Nie, posłuchaj mnie. Nie mamy wiele, ale wystarczająco dużo, żeby uchronić się przed głodem. Jeśli chcemy pomagać ludziom… zróbmy to dobrze. Organizujemy się, prowadzimy dokumentację, sprawdzamy, kto naprawdę tego potrzebuje, a kto tylko wykorzystuje. I… uczymy ich, jak wychodzić z kłopotów, a nie tylko dajemy im pieniądze”.
Spojrzał na mnie, jakbym powiedział mu, że zstąpiłem z nieba.
„Masz na myśli… chcesz mi pomóc?”
„Nie. Chcę, żebyśmy pomagali sobie nawzajem. I im”.