Mój mąż wyrzucił mnie na ulicę

Nigdy bym nie uwierzył w to, co wydarzyło się w kolejnych miesiącach.

Zaczęliśmy oszczędzać, sprzedając warzywa, odkładając 20–50 lei dziennie. Toma pracował po godzinach, a kiedy wracał do domu załamany, wciąż pytał: „Komu dziś pomagamy?”.

Niektórzy ludzie zaczęli przychodzić do nas zawstydzeni, z nadzieją w oczach. Inni przychodzili ze strachem, myśląc, że ich osądzimy. Nikt nie wychodził od nas bez dobrego słowa.

Ale najbardziej zaskakujące było coś innego.

Pewnego ranka burmistrz poszedł za nami na targ. Zawstydzony, z czapką w dłoniach, powiedział:

„Słyszałem, że pomagacie ludziom bez proszenia o nic w zamian. Chcę, żebyście wiedzieli, że… wieś was potrzebuje”.

Wtedy poczułem, jak trzęsą mi się kolana.