Mój syn zmarł dwa lata temu. Wczoraj o 3:07 rano zadzwonił do mnie

„Dobrze się bawiłaś, mamo?”

„Tak, moja córko”. „Skłamałem bez mrugnięcia okiem”.

Tej nocy, gdy przyniósł mi filiżankę rumianku, jego aromat wydał mi się martwy.

"Oto twoja herbata."

„Dziękuję, kochanie”. „Powiedziałam „kochanie” i sam dźwięk mnie zniesmaczył”.

Udawałam, że biorę łyk, dokonałam wyboru i poszłam „po swoje napoje”. W kuchni, drżącymi rękami, nalałam trochę do małego słoiczka. Resztę wylałam do zlewu i energicznie odkręciłam kran, jakbym mogła zmyć z siebie ten horror.

Powtarzałem rytuał przez trzy noce.

Czwartego dnia Elias wezwał mnie na parking. Wręczył mi wynik z laboratorium. Na czerwono napisane było słowo, które odebrało mi mowę:

ARSENI.

„Niskie stężenie, kumulacja. Uszkodzenie nerek i wątroby. Śmierć w ciągu kilku miesięcy”.