Nie byłam już „tymczasowym rozwiązaniem”.
Byłam kimś, kto musiał podjąć uczciwą i sprawiedliwą decyzję, zarówno dla siebie, jak i dla nich.
Skontaktowałam się z prawnikiem, płacąc 350 lei za konsultację. Wyjaśnił mi po rumuńsku, co mogę zrobić: skarga, zarządzenie prezydenta i ustalenie władzy rodzicielskiej. Wszystko legalnie, bez kłótni, bez internetowych skandali, bez gróźb.
Następnego dnia złożyłam wniosek.
Kiedy moja matka i Mădălina się dowiedziały, telefony eksplodowały. Poczułam się nieczuła, zdradziecka, zimna i bezduszna. Ale jednocześnie żadna z nich nie przyszła, żeby zabrać dzieci.
I wtedy, bez dalszych wyjaśnień, zrozumiałam coś istotnego:
Rodzina to nie ten, kto cię rodzi.