— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

Kirył, drepczący za matką z torbą pierożków, wyglądał żałośnie. Próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił ubrać myśli w słowa — rozdarty między potrzebą obrony żony a strachem przed matką.

— Mamo, no nie zaczynaj… To tylko lampa.

— Ja niczego nie zaczynam, synku — Maria Fiodorowna odwróciła się do niego, położyła mu dłoń na ramieniu i spojrzała w oczy z tragiczną czułością. — Ja po prostu widzę, że mój syn zasługuje na więcej. Mężczyzna powinien być gospodarzem w domu, a do tego potrzebuje prawdziwych, męskich rzeczy. I, tak się składa, coś ci przyniosłam.

Mówiąc to, wyjęła ze swojej obszernej torby ciężką plastikową walizkę. Otworzyła ją z kliknięciem, prezentując zawartość. W środku, w aksamitnych wgłębieniach, leżała potężna wiertarka z zestawem wierteł. Prezent był równie absurdalny, co obraźliwy w swojej dosłowności.

— Proszę! — oznajmiła triumfalnie, wręczając walizkę Kiryłowi. Jego ręce ugięły się pod ciężarem. — Prawdziwe narzędzie dla prawdziwego mężczyzny. Żebyś sam mógł przybić półkę, powiesić obraz. A nie wydawać rodzinnych pieniędzy na jakieś błyskotki.

Tania w milczeniu obserwowała tę scenę. Patrzyła na męża, który niezgrabnie trzymał w rękach ten symbol narzuconej męskości, i na jego matkę, promieniejącą własną przenikliwością. Maria Fiodorowna, czując, że przejęła inicjatywę, przeszła do ataku.