Kirył, drepczący za matką z torbą pierożków, wyglądał żałośnie. Próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił ubrać myśli w słowa — rozdarty między potrzebą obrony żony a strachem przed matką.
— Mamo, no nie zaczynaj… To tylko lampa.
— Ja niczego nie zaczynam, synku — Maria Fiodorowna odwróciła się do niego, położyła mu dłoń na ramieniu i spojrzała w oczy z tragiczną czułością. — Ja po prostu widzę, że mój syn zasługuje na więcej. Mężczyzna powinien być gospodarzem w domu, a do tego potrzebuje prawdziwych, męskich rzeczy. I, tak się składa, coś ci przyniosłam.
Mówiąc to, wyjęła ze swojej obszernej torby ciężką plastikową walizkę. Otworzyła ją z kliknięciem, prezentując zawartość. W środku, w aksamitnych wgłębieniach, leżała potężna wiertarka z zestawem wierteł. Prezent był równie absurdalny, co obraźliwy w swojej dosłowności.