— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

— Jesteś mężczyzną, Kiriusiu! Masz budować rodzinę, stawiać fundament! A ona… — skinęła głową w stronę Tani, już nie kryjąc jadu w głosie, — ona tylko wydaje. Puszcza z wiatrem to, na co ty pracujesz.

W tym momencie Tania zrobiła krok do przodu. Nie spojrzała na teściową. Spojrzała na walizkę z wiertarką w rękach Kiryła, potem przeniosła wzrok na jego zagubioną twarz. Jej głos zabrzmiał cicho, ale w zapadłej ciszy zadźwięczał jak uderzenie dzwonu.

— Ma pani rację, Mario Fiodorowno. Mężczyźnie potrzebne są narzędzia. Ale niektórzy mężczyźni sami są tylko narzędziami w cudzych rękach.

Słowa Tani spadły w ciszę jak krople kwasu na metal. Nie wywołały głośnego efektu, ale zaczęły powoli, nieuchronnie przeżerać resztki rodzinnej fasady. Maria Fiodorowna na moment znieruchomiała; jej twarz z namalowanym zachwytem skamieniała. Spojrzała na Tanię tak, jakby ta właśnie wypowiedziała przekleństwo w czystym aramejskim — zrozumiałe dla nich obu. Kirył stał między nimi, ściskając ciężką walizkę z wiertarką jak tarczę, która nie była w stanie go ochronić. Plastikowy uchwyt wrzynał się w spoconą dłoń.

— Co ty sobie pozwalasz? — w końcu syknęła Maria Fiodorowna, robiąc krok w stronę Tani. Jej maska życzliwej gościni pękła i osypała się. — Chcesz nastawić syna przeciwko własnej matce? Myślisz, że twoje pieniądze dają ci prawo upokarzać mojego chłopca?

— Ja tylko stwierdzam fakt — głos Tani był spokojny, niemal obojętny. Ta lodowata powściągliwość doprowadzała teściową do szału dużo bardziej niż jakikolwiek krzyk. — A upokarza się sam. Za każdym razem, gdy streszcza pani zawartość mojego portfela i wysłuchuje pani cennych instrukcji, jak ma to kontrolować.

— Jak ty… — zaczęła Maria Fiodorowna, ale Tania jej przerwała, nawet nie podnosząc głosu. Po prostu uniosła rękę, jakby zatrzymywała strumień zbędnych informacji.

— Wystarczy. Ta rozmowa się wyczerpała.