Tania nie odpowiedziała. Opuściła wzrok na kartkę i zaczęła pisać. Jej ręka poruszała się płynnie, bez jednej pomyłki. Skrzyp długopisu po papierze był jedynym dźwiękiem w pokoju i ciął po uszach głośniej niż jakikolwiek krzyk. Pisała szybko, formułując punkty tak, jakby dyktowała je sama sobie.
— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz
Kirył podszedł bliżej, zaglądając jej przez ramię. Czytał to, co pojawiało się na papierze, a jego twarz powoli się zmieniała. Zdezorientowanie ustępowało najpierw zdumieniu, a potem — głuchej, bezsilnej złości.
„1. Koszty najmu mieszkania oraz opłaty komunalne dzielone są pomiędzy strony po równo (50/50)”. „2. Wydatki na żywność oraz chemię gospodarczą dzielone są po równo (50/50)”. „3. Koszty internetu i telewizji dzielone są po równo (50/50)”.
To było suche, urzędowe — i przez to jeszcze bardziej upokarzające. To nie była rodzinna rozmowa. To była umowa między dwojgiem obcych ludzi zmuszonych dzielić wspólną przestrzeń.
— Ty mówisz poważnie? — syknął. — Zamieniasz naszą rodzinę w komunałkę?
Tania dopisała czwarty punkt, najważniejszy. „4. Wszelkie dochody pozostające po realizacji pkt 1–3 stanowią własność osobistą każdej ze stron i nie podlegają wspólnemu omawianiu, kontroli ani roszczeniom ze strony drugiej”. Postawiła grubą kropkę. Dopiero wtedy podniosła na niego wzrok. Nie było w nim emocji.