— Nie będę się tłumaczyć twojej matce, na co wydałam swoją pensję! Prz

Nie rozmawiali, wymieniając jedynie krótkie, funkcjonalne zdania o tym, czyja kolej wynieść śmieci. Kirył krążył po mieszkaniu jak cień, z twarzą obrażonego sprawiedliwego, a Tania poruszała się z chłodną, zdystansowaną skutecznością, jakby był tylko meblem, który trzeba omijać.

W sobotnie popołudnie ostry, natarczywy dzwonek do drzwi przeszył tę martwą ciszę. Kirył, drzemiący na kanapie, drgnął i usiadł. Jego oczy z paniką powędrowały w stronę drzwi — jak u człowieka, który wie, kto przyszedł, i boi się tej wizyty bardziej niż czegokolwiek na świecie. Tania, która wyszła z łazienki z ręcznikiem na głowie, spojrzała na męża, a w jej wzroku mignęło pogardliwe zrozumienie. Ona też wiedziała.

Kirył powlókł się otworzyć. W progu, jak można było się spodziewać, stała Maria Fiodorowna. Ona nie weszła — ona się w progu zmaterializowała: energiczna, wyprostowana, z jaskrawą szminką na cienkich ustach, przypominającą wojenną farbę.

Jej spojrzenie — ostre jak u drapieżnego ptaka — nawet nie zaszczyciło syna uwagą, tylko od razu zaczęło skanować przestrzeń za jego plecami. To było spojrzenie inspektora, który przybył na obiekt na niezapowiedzianą kontrolę…