Nie rozmawiali, wymieniając jedynie krótkie, funkcjonalne zdania o tym, czyja kolej wynieść śmieci. Kirył krążył po mieszkaniu jak cień, z twarzą obrażonego sprawiedliwego, a Tania poruszała się z chłodną, zdystansowaną skutecznością, jakby był tylko meblem, który trzeba omijać.
W sobotnie popołudnie ostry, natarczywy dzwonek do drzwi przeszył tę martwą ciszę. Kirył, drzemiący na kanapie, drgnął i usiadł. Jego oczy z paniką powędrowały w stronę drzwi — jak u człowieka, który wie, kto przyszedł, i boi się tej wizyty bardziej niż czegokolwiek na świecie. Tania, która wyszła z łazienki z ręcznikiem na głowie, spojrzała na męża, a w jej wzroku mignęło pogardliwe zrozumienie. Ona też wiedziała.
