A potem coś we mnie zaskoczyło na dobre. Nie wybuchło. Nie krzyknęło. To był tylko delikatny, zdecydowany włącznik, jak gaszenie światła.
„W moim wieku” – odpowiedziałem spokojnie – „już wiem na pewno, że moje ciało nie jest projektem na potrzeby cudzych ambicji. I nie jest ozdobą cudzych obiadów”.
Dopiłam herbatę, wstałam i włożyłam płaszcz. Spojrzał na mnie z góry – zdezorientowany, zły i nagle bardzo wredny.
„Wszystko psujesz” – warknął.