Nigdy nie powiedziałam teściom, że jestem córką Prezesa Sądu Najwyższego. Kiedy byłam w siódmym miesiącu ciąży, zmusili mnie do samodzielnego ugotowania całej kolacji wigilijnej.

DÓŁ! TERAZ!

Jeden z agentów powalił Davida. Uderzył go mocno, zmiażdżając jego twarz na zakrwawionych płytkach obok mnie. David krzyczał, gdy jego ramię zostało skręcone za plecy.

„Nie strzelajcie! Jestem prawnikiem!” krzyczał David.

„Zamknij się!” agent warczał, zakuwając mu nadgarstki w kajdankach.

Inny agent-medyk ukląkł obok mnie.

„Pani Thorne? Jestem agentem Carterem. Wyprowadzamy panią stąd.”

„Dziecko…” płakałam.

„Mamy karetkę przed domem. Proszę, zostań ze mną.”

Podnieśli mnie na nosze. Gdy mnie wynosili, mijałam Davida. Był przygnieciony do podłogi, broda wciśnięta w kałużę mojej krwi. Spojrzał na mnie z błagającymi oczami.

„Anno! Powiedz im! Powiedz, że to był wypadek! Jesteśmy małżeństwem! Nie mogą mnie aresztować!”

Spojrzałam na niego. Na mężczyznę, którego kochałam. Mężczyznę, który zniszczył naszą przyszłość.

„Oficerze,” powiedziałam do agenta trzymającego Davida.

„Tak, proszę pani?”

„Chcę zgłosić oskarżenie,” powiedziałam wyraźnie. „Agresywne pobicie. Fałszywe uwięzienie. I… zabójstwo.”

„Nie!” krzyczał David. „Anno!”

„A ja chcę rozwodu,” dodałam.

Znieśli mnie na zewnątrz w zimną noc. Ulica była zablokowana przez czarne SUV-y z migającymi czerwonymi i niebieskimi światłami. Helikopter krążył nad nami, jego reflektor oświetlał dom jak miejsce zbrodni.

Sylvię wyciągano w kajdankach, wciąż w jej świątecznej, czerwonej aksamitnej sukience, teraz podartej. Krzyczała o swoich prawach.

Załadowali mnie do ambulansu.

Czarna limuzyna z piskiem zatrzymała się tuż przy ambulansie. Tylne drzwi raptownie się otworzyły.

Mój ojciec wyszedł.

Miał na sobie płaszcz przeciwdeszczowy na piżamę. Wyglądał na starszego, niż pamiętałam, ale jego oczy były dzikie.

„Anno!”

Pobiegł do noszy. Chwycił mnie za rękę. Łzy cieczeły po jego twarzy – twarzy, która kiedyś przerażała polityków.

„Tato,” wyszeptałam. „Przepraszam. Jestem taka przepraszająca, że uciekłam.”

„Cicho,” pocałował mnie w czoło. „Jesteś bezpieczna. Mam cię.”

Obrócił się do naczelnego marszałka.