Nigdy nie powiedziałam teściom, że jestem córką Prezesa Sądu Najwyższego. Kiedy byłam w siódmym miesiącu ciąży, zmusili mnie do samodzielnego ugotowania całej kolacji wigilijnej.

Upadłam do tyłu.

Czas jakby zwolnił. Widziałam, jak światła sufitowe się kręcą. Widziałam kpiącą twarz Sylvii oddalającą się.

Moje dolne plecy uderzyły o ostry brzeg granitowego blatu.

TRZASK.

To nie był dźwięk kości. To był dźwięk szoku – głęboki i tępy.

Z hukiem upadłam na podłogę. Moja głowa uderzyła o płytki.

Na chwilę poczułam tylko szok. Potem przyszedł ból. Nie w plecach. W moim brzuchu.

Czułam, jak coś się rozrywa.

„Aaaah!” Krzyknęłam, zwijając się w kulkę.

„Wstań!” krzyknęła Sylvia, stojąc nade mną. „Przestań udawać! Nawet nie uderzyłaś się w głowę!”

Potem to poczułam.

Gorąco. Wilgoć. Przesiąkająca moje majtki. Rozprzestrzeniająca się wzdłuż ud.

Spojrzałam w dół.

Na nienagannych białych płytkach kuchennych Sylvii błyszcząca, krwawa plama szybko się powiększała.

„Dziecko…” wyszeptałam. Groza była absolutna. Dusiła mnie.