Spojrzałem na córkę. Przestała drżeć. To była zła wiadomość. Oznaczało, że jej ciało odmawiało posłuszeństwa. Jej usta siniały.
Żołnierz się obudził.
Zmęczony ojciec, cierpliwy szwagier, mechanik – wszyscy zniknęli. Na ich miejscu stał pułkownik Blackwood.
Nie odkrzyknąłem. Nie rzuciłem kamieniem w okno. Nie traciłem energii na emocje.
Zdjąłem płaszcz – też był przemoczony, ale wełna zatrzymuje ciepło nawet mokra. Owinąłem nim Lily i ciasno ją otuliłem. Podniosłem ją; jej ciężar był ledwo wyczuwalny w moich ramionach.
Poruszałem się jak rakieta. Przez ogród, przez płot – całkowicie omijając dom – do samochodu. Posadziłem ją na miejscu pasażera i włączyłem ogrzewanie na pełny regulator.
Pojechałem na pogotowie. Nie zatrzymywałem się na znakach stop. Nie zatrzymywałem się na czerwonym świetle. Jechałem z precyzją kierowcy ewakuacyjnego w nieprzyjaznym mieście.