Lily skuliła się w kącie kamiennego patio, zwinięta w ciasną kulkę. Miała na sobie tylko cienką bawełnianą piżamę. Jej skóra była niebezpiecznie zaczerwieniona, pokryta plamami. Trzęsła się tak mocno, że jej zęby dzwoniły głośno, nawet przez podwójne szyby.
„Lily!” – krzyknęłam.
Szukałam zamka. Był zablokowany. Sarah aktywowała blokadę.
Uderzyłam ramieniem w framugę, prawie rozbijając szybę, aż blokada się poluzowała. Otworzyłam drzwi i uklęknęłam obok córki.
„Tato?” – wydyszała. Jej głos był cienki i piskliwy. Jej oczy szkliste i nieobecne. „Ciocia Sarah powiedziała, że mam zarazki. Powiedziała, że nie mogę wejść”.
Dotknęłam jej czoła. Paliło. Bił od niego żar jak z piekarnika. Co najmniej 40 stopni.
„O mój Boże” – wyszeptałam. „Mam cię, kochanie. Mam cię”.
„Cześć!”
Podniosłam wzrok. Sarah pojawiła się na balkonie nad tarasem, patrząc na nas z góry. Trzymała duże, żółte plastikowe wiadro do sprzątania.
„Co ci, do cholery, jest?” – krzyknęłam, a mój głos drżał z gniewu, którego nie czułam od lat. „Jest chora!” Zamknęłaś chore dziecko na dworze na mrozie?
„Przestań marudzić!” – odkrzyknęła Sarah. „Nie chce przestać płakać! Ma gorączkę? Dobrze. Oto domowy sposób”.