NIKT NIE WYOBRAŻAŁ SOBIE, ŻE NAJCIISZE kierowca na trasie ukrywał, obok swojego kierownicy, jedyny powód, dla którego wciąż żył.

Autobus wypełnił się szeptami, uderzeniami i płaczem.

Julián w końcu zatrzymał się na poboczu, serce mu prawie pękło.

Skoczył z miejsca.

Pobiegł z powrotem.

Pomógł unieruchomić mężczyznę na mokrej podłodze korytarza.

Złodziej walczył przez kilka sekund.

Potem upadł.

Nie z poddania.

Z zmęczenia.

Z głodu.

Z porażki.

Miał może dwadzieścia lat, a może mniej.

Czapka mu spadła.

Miał bladą twarz.

Wargi fioletowe z zimna.

A gdy podniósł wzrok, Julián poczuł coś, czego się nie spodziewał.

Nie widział potwora.

Widział złamanego młodzieńca.

— Już… już wystarczy… — wymamrotał jeden z pasażerów, trzymając go —. Już wystarczy.

Policja przybyła po dwunastu minutach.