Dwunastu wieczności.
W autobusie nikt nie mówił normalnie.
Wszyscy szeptali.
Wszyscy drżeli.
Dziewczynka, która płakała, nie puszczała matki.
Starszy mężczyzna miał zadrapanie na czole.
A Julián klęczał obok Tango, sprawdzając go niezdarnymi rękami.
— Popatrz na mnie… popatrz, mistrzu…
Szczeniak szybko oddychał.
Miał zranioną łapkę.
Tylko tyle.
Nic, co uzasadniałoby przerażenie, jakie Julián poczuł, widząc go drżącego.
Przytulił go do piersi.
I po raz drugi od śmierci żony zaczął płakać przed innymi, nie dbając o nic.
Kiedy przybyli policjanci, zabrali zlazanego ze deszczu i spętane chłopaka.
Ale zanim wsadzili go do radiowozu, młodzieniec się obrócił.
Popatrzył na Juliána.
Potem na Tango.
I powiedział coś, co wprawiło wszystkich w milczenie.
— Nie chciałem tego zrobić.
Nikt nie odpowiedział.
Ani policjanci.
Ani pasażerowie.
Tylko deszcz.