Ona adoptowała pięcioro dzieci, których nikt nie chciał.25 lat później

Tak zaczęło się nowe życie w małym, starym domku na obrzeżach miasteczka. Chłopcy — Henry, Kenneth, Samuel, Divine i Michael — mieli od siedmiu do trzynastu lat. Każdy inny, każdy z bagażem większym niż powinien mieć jakiekolwiek dziecko.

Pierwsze miesiące były trudne. Krzyki, łzy, ciche bunty. Rosemary nie raz zamykała się w łazience i płakała po cichu, żeby nie widzieli. Ale rano zawsze wychodziła z uśmiechem.

Gotowała im naleśniki, poprawiała kołdry i powtarzała:

— „Jesteście moimi chłopcami. I koniec dyskusji.”

Pracowała od rana do nocy — w szkole, potem korepetycje, a wieczorami szyła zasłony i ubrania, żeby jakoś związać koniec z końcem. Ale nigdy nie narzekała.

Dom pachniał zupą i świeżym chlebem, a w niedzielę zawsze był film i popcorn.