„Ona jest… Paulą. Pomogła ci”.
Jej imię, wypowiedziane przez niego, zdawało się mieć wartość formalnego przedstawienia, jak niewidzialna umowa między duszami.
Trzy dziewczynki spojrzały na Paulę z rodzajem strachu pomieszanego z wdzięcznością. Ich wielkie oczy były pełne nieopowiedzianych historii, historii, które wisiały ciężko w powietrzu niczym mokre ubrania.
„Mamo… miała na imię Ana?” zapytała cicho Simina drżącym głosem.
Paula drgnęła. Nie spodziewała się tego. Gheorghe przygryzł wargę i spuścił wzrok.
„Tak… mama ma na imię Ana” – powiedział łamiącym się głosem.
Wtedy wszystko nabrało sensu w głowie Pauli. Nie pierwszy raz widziała strach u dzieci. Przez lata pracy w restauracjach, na wsiach i w miastach widziała wiele smutnych dzieci, ale te dziewczynki nie miały tylko smutku – miały traumę.
Paula ich nie dotykała. Nie zmuszała. Po prostu wymamrotała: