Owdowiały milioner zabierał ze sobą do pracy swoje nieme córki trojaczki

„A moja mama też miała na imię Ana”.

Trzy pary oczu natychmiast spojrzały na nią. W tym momencie Paula nie była już biedną kelnerką w zmęczonej restauracji. Była mężczyzną, który jednym prostym zdaniem osiągnął to, czego nie osiągnął żaden lekarz, psycholog, ani medycyna: nawiązał kontakt.

Z tyłu głos Loredany przeciął powietrze niczym nóż.

„Fabianie, myślę, że powinieneś porozmawiać z panem Mocanu”.

To był głos kobiety przyzwyczajonej do panowania nad sytuacją. Nie pytając o pozwolenie, wstała i podeszła do nich eleganckim, lecz zimnym krokiem. Miała w sobie coś z perfekcjonistki, dla której emocje są słabością.

„Gheorghe, dzieci… może powinieneś już iść. Jest późno”.

Gheorghe wstał, ale było jasne, że nie chce przerywać tej chwili.
„Zostaniemy jeszcze trochę” – powiedział z nieoczekiwaną stanowczością. Loredana spojrzała na niego z uniesioną brwią, ale nie nalegała.

Paula dyskretnie wyjęła zegarek i położyła go na stole, blisko dziewczynek.