Byliśmy całą piątką na dziedzińcu budynku mieszkalnego, śmiejąc się, gdy nagle zatrzymał się samochód. Wysiadł z niego siwowłosy mężczyzna z pochylonymi plecami. Natychmiast go rozpoznałem.
Ion.
Dzieci się zatrzymały. Spojrzały na niego. On spojrzał na nie po kolei. Na każdą twarz. Na każdy gest.
— Jestem twoim ojcem — powiedział drżącym głosem.
Nikt nie odpowiedział.
Wtedy podałem mu akta. Badania. Dokumenty. Prawda.
Przeczytał je. Zakrył głowę dłońmi. Zaczął płakać, tam, przed blokiem, pod okiem sąsiadów.
— Myliłem się… — wyszeptał. Uciekłem jak tchórz.